Dobra i zła sztuka współczesna

Kategorie: Wszystkie | Polska | Świat | Kicz | Street art | Sztuka o... | Wolność sztuki
RSS
wtorek, 20 listopada 2012
Prawda o wystawie Cattelana w Warszawie i o artystycznym trotylu ukrytym w warszawskiej bramie
"Wielka wystawa Cattelana w CSW" - pisze Gazeta.pl. Po zobaczeniu na własne oczy wypada żebyśmy odszczekali i napisali jak jest naprawdę. Bo wystawa jest jak na oczekiwania skandalicznie mała, a to co najcenniejsze skrzętnie ukryto w zamkniętej bramie zrujnowanej kamienicy na ul. Próżnej. Ukryto w obawie, że byłby to artystyczny trotyl, który zmiótłby inne tematy z czołówek gazet i portali?


Część 1. CSW

Weekend. Parking przed Zamkiem Ujazdowskim pełny. Ludzie zatrzymują się przed budynkiem i robią zdjęcia instalacji - na maszcie zamiast flagi wisi figurka małego chłopca. Witajcie w świecie Maurizio Cattelana.



Bez tytułu (Untitled), 2014

Słychać komentarze i dyskusje. W holu kilkansaście osób, kolejka do kasy - to w CSW nieczęsty widok. Bilety - 12 zł. Szatnia pełna kurtek, wszędzie rozmowy w różnych językach. Wystawa Cattelana jest na pierwszym piętrze. Długa, kilkudziesięciometrowa pusta sala z tytułem wystawy na ścianie i pierwszą instalacją - DWA PSY I KURCZAK. W rogu starsza uśmiechnięta pani plinująca porządku (jak wiecie jest na takie panie bardziej zwięzłe określenie, ale pozwólcie, że je zignoruję) pyta parę 30-latków: - Prawda, że ładne pieski?



Bez tytułu (Untitled), 2007

Druga sala - mocne, realistyczne a jednocześnie symboliczne prace Cattellana. Na ścianie spektakularna instalacja z ukrzyżowaną kobietą, w rogu padnięty koń z inskrypcją INRI, obok niepokojący podwójny autoportret Cattelana (a raczej dwóch Cattelanów) leżących w łóżku, a na ścianie poruszające zdjęcie rąk wystających z ziemi ułożonych do modlitwy. Prace Cattelana, choć o dziwno na żywo nie budzą spodziewanych emocji, wyglądają imponująco, bronią się.



Bez tytułu (Untitled), 2007



Bez tytułu (Untitled), 2007



My (We), 2010



Matka (Mother), 1999

Przejście do kolejnej sali ukryte jest za czerwoną kotarą. Podchodzę. Wtem słychać głos kolejnej z pilnujących pań: - Tam nic nie ma. To koniec. Odwracam się, szukam wzrokiem innych wyjść, a trafiam jedynie na rozpromienioną, triumfującą twarz właścicielki głosu. I wtedy zdaję sobie sprawę, że to NAPRAWDĘ KONIEC. Ta wielka, długo oczekiwana wystawa Cattelana to 5 (słownie: pięć) prac*.

Zaskoczeni są wszyscy widzowie, wszyscy pytają, jak zobaczyć pozostałe eksponaty, patrzą po sobie i nie rozumieją co się dzieje. Pilnujące panie z dziwną satysfakcją potwierdzają, że te dwa pomieszczenia to cała wystawa. Widać, że spodziewają się takich pytań i słyszą je nie po raz pierwszy. Odsyłają na zewnątrz budynku, gdzie wisi opisana już figurka chłopca przymocowana do masztu (szósta praca) i na dziedziniec Zamku, gdzie na gzymsie siedzą sztuczne cattelanowskie gołębie (praca nr 7). Cytat z pani: - Nikt ich nie zauważa.



Inni (Others), 2011

Niezależnie od wieku i narodowości na twarzach zwiedzających maluje się grymas, który możnaby opisać pytaniem: Czy właśnie zapłaciłem 12 zł za bilet na wystawę, którą da się obejrzeć w 3 minuty? (bilet obowiązuje oczywiście na wszystkie aktualne wystawy w CSW, ale nie oszukujmy się - przyszliśmy tu zobaczyć Cattelana, prawda?).

Rozczarowanie. Tym większe, że na plakacie promującym wystawę jest zdjęcie bodaj najsłynniejszej pracy Maurizio Cattelana - klęczącej figury Adolfa Hitlera, której wśród siedmiu (powtórzę: SIEDMIU) prac pokazywanych w CSW najzwyczajniej w świecie nie ma. Sięgam do broszury rozdawanej w kasie i dopiero teraz rzucam okiem na mapkę (!) pokazującą rozmieszczenie prac. Nie mogłem się oprzeć, żeby jej nie zamieścić. Tak, to jest NAPRAWDĘ "plan sytuacyjny" wystawy. Po pierwsze - uff, z mapką nie da się zgubić prawda? Po drugie - koń!



Oglądam uważnie broszurę i dopiero tutaj widzę, że ostatnia, najbardziej wyczekiwana praca Cattellana wystawiona jest nie w CSW, ale w kamienicy na ul. Próżnej 14 w centrum miasta. Dlaczego ta informacja nie jest wybita wołami na plakatach? (sprawdziłem - info jest, ale małą czcionką i nie wiadomo, której części wystawy dotyczy). Szansa, że ktokolwiek z setek, a może tysięcy widzów, którzy przyszli w weekend do CSW wkurzonych/zawiedzionych/rozczarowanych żartem - 3-minutową "wystawą roku" - będzie chciał się poświęcić i pojechać na Próżną i szukać tam ostatniego eksponatu, jest minimalna.

Kuratorko! Dyrektorze! Wystawa Catellana w Warszawie to naprawdę jedno z wydarzeń roku. Dla publiczności pozbawionej dostępu do czołowych światowych artystów w polskich galeriach, to święto. I to kilka miesięcy po głośnej, ogromnej retrospektywie Cattelana w muzeum Guggenheima w Nowym Jorku. Czapki z głów. Jednak porzućcie branżowe zadowolenie, stańcie choćby na chwilę w holu CSW i popatrzcie na miny Waszych widzów, których rozbudzone oczekiwania boleśnie dostają w pysk od rzeczywistości. Jak świetnych prac byście nie pokazali wrażenie pozostaje tylko jedno - że, ktoś nam wyciął niesmaczny żart, że ktoś nas nie potraktował serio. Porównywanie CSW do MoMa albo Tate Modern jest z założenia nieuczciwe - nie te pieniądze, nie ta skala, nie te możliwości. Jednak co by nie mówić - to Wy jesteście naszą warszawską MoMą i naszym warszawskim Tate Modern. W tamtych galeriach problemem jest zawsze to, jak obejrzeć wszystko i nie paść z wyczerpania, jak zdążyć, jak wybrać to co najciekawsze. Wy nigdy, przenigdy nie wychowacie sobie wiernej i licznej publiczności jeśli jedynym pytaniem, jakie będziemy sobie zadawać w CSW będzie: "To już?".

Część 2. On.

Ulica Próżna to w gruncie rzeczy cztery słynne stare kamienice. W czasie wojny znajdowała się na terenie warszawskiego getta. Dziś jest ostatnim żywym pomnikiem prawdziwej przedwojennej żydowskiej Warszawy. Niezwykłym zrządzeniem losu jako jedyna ze wszystkich ulic getta zachowała po wojnie obustronną zabudowę. Równie niezwykłym zrządzeniem losu ta zabudowa w opłakanym stanie, ale jednak, przetrwała wszystkie lata PRL-u i istnieje do dziś. Dwie z czterech ocalałych kamienic doczekały się właśnie renowacji. Wyglądają olśniewająco, szczególnie w sąsiedztwie odnowionego kilka lat temu pl. Grzybowskiego. Druga pierzeja Próżnej stoi nietknięta. Zrujnowana, opuszczona, żywcem przeniesiona z czasów okupacji.

I w tych właśnie ruinach, w opuszczonej kamienicy przy ul. Próżnej 14, podłożona została kto wie czy nie największa artystyczna, a może nie tylko, bomba współczesnej Polski. Bomba zaskakująco dobrze ukryta. 

Polska opinia publiczna zna Maurizio Cattelana nawet jeśli nie zdaje sobie z tego sprawy. Jego papież przygnieciony meteorytem ("Dziewiąta godzina") pokazywany w Zachęcie wstrząsnął młodą polską demokracją (posłowie LPR "ratujący" papieża i niszczący instalację, Wojciech Cejrowski czający się z prześcieradłem) i młodym polskim rynkiem sztuki współczesnej (polityczna dymisja dyrektor Zachęty Andy Rottenberg, dyskusja o granicach cenzury i wolności sztuki). Trudno nie odnieść wrażenia, że papież Cattelana nie był pracą kompletną, dopóki nie został pokazany w Polsce, dopóki nie wywołał tych sporów i debat, dopóki nie obnażył emocji, które drzemały w prawdziwie katolickim społeczeństwie.

Od tamtego czasu Cattelan stał się jednym z najbardziej znanych, najbardziej kontrowersyjnych i najdroższych artystów na świecie. Dzisiaj wraca do Polski jako gwiazda. Wraca z wystawą (o której wyżej) i z jedną pracą, którą od lat oglądała publiczność największych światowych galerii. Jednak trudno się oprzeć wrażeniu, że dopiero tutaj, w Warszawie, na ul. Próżnej, ta praca nabiera znaczenia, na które przez lata czekała. I być może czekał sam Cattelan. To jest jego artystyczny, a pewnie też czysto ludzki, moment prawdy.



On (Him), 2001

"On" z 2001 roku to jedna z ikon współczesnej sztuki. Klęcząca, drobna postać w uczniowskim mundurku/garniturze, wyglądająca z oddali na modlącego się chłopca, okazuje się mieć twarz Adolfa Hitlera. Ręce złożone do modlitwy, mina niezdradzająca zamiaru, ale nie zostawiająca wątpliwości - znamy ją dobrze z tysięcy zdjęć i setek godzin nagrań wideo. Wstrząsający portret tyrana wszech czasów proszącego o przebaczenie? Modlącego się za ofiary? A może próbującego nabrać nas, uśpić naszą czujność i na chwilę uwierzyć w niewinność?

"On" pokazywany był na całym świecie w ogromnych muzealnych salach. Zawsze umieszczany na końcu pomieszczenia. Zwrócony plecami do wejścia. Żeby jak najdłużej ukrywać przed widzem prawdziwe oblicze. Robił wielkie wrażenie. Teraz, choć mało kto wie, jest w Warszawie. Podkreślmy - jedno z najważniejszych współczesnych dzieł sztuki, realistyczna figura Adolfa Hitlera, ikona dzisiejszych wyobrażeń o złu, kryje się w niepozornej bramie zrujnowanej kamienicy, w sercu dawnego żydowskiego getta, w mieście zmiecionym z ziemi przez hitlerowski reżim.

Niełatwo GO zauważyć. Drewniane masywne drzwi zamknięte na kłódkę, w nich dziura. Widać tylko zarys sylwetki, jest w cieniu. Żadnego znaku, żadnego sygnału. Zwykły przechodzeń nie ma szans zmierzyć się z tym co czeka w bramie. Niewiarygodny kontrast - w galeriach świata do takich dzieł ustawiają się kolejki. Tutaj pusta ulica, pojedynczy niczego nieświadomi warszawiacy. Cisza.

To nie wygląda na przypadek. Kuratorzy wystawy Cattelana muszą wiedzieć, co zrobili. Muszą być świadomi jak wielka rzecz się tam odbywa. Czy jednak przestraszyli się konsekwencji? Czy bali się tego, co może wybuchnąć "gdyby się wydało"?. Czy dlatego jedynym znakiem, że na Próżnej dzieje się coś niezwykłego i ważnego jest przechadzający się ochroniarz, wyglądający zresztą jakby pilnował placu budowy sąsiedniej, wyremontowanej dopiero co kamienicy?

Ci, którzy wiedzieli o Hitlerze na Próżnej, próbowali spojrzeć mu w twarz, przekonać się na własne oczy, że majacząca w ciemności sylwetka to rzeczywiście słynna praca Cattelana. Obchodzili kamienicę, zaglądali do bramy przez ogrodzenie z drugiej strony budynku. Organizatorzy zareagowali szybko. Podobno przerwy w ogrodzeniu załatano, a sam płot podwyższono tak, żeby nie dało się nic zobaczyć. Więcej, podobno dla pewności zaklejono/zasłonięto (tu relacje się różnią) figurce twarz - żeby naprawdę nikt GO nie rozpoznał, nie zrobił zdjęcia. Żeby ten obraz modlącego się w ruinach Warszawy Adolfa Hitlera nie trafił do internetu, do gazet?

To wydarzenie niezwykłe. Dzieło sztuki, o którego wystawienie walczy się latami, które warte jest setki tysięcy dolarów i które do dowolnej galerii na świecie przyciągnęłoby tłumy, stoi niemalże ukryte, podczas gdy publiczność wali do CSW zobaczyć wystawienniczy kikut, kartongipsowy substytut wystawy z kilkoma ciekawymi, ale nieporównywalnie mniej symbolicznymi i istotnymi pracami. Nie dajcie się zwieść małym literom na plakacie, mikrej informacji na ulotce i brakowi jakiejkolwiek informacji na ul. Próżnej. To właśnie tam odbywa się prawdziwy artystyczny spektakl. To jest właśnie wystawa Cattelana, którą musicie zobaczyć. Zdjęcia wszystkich prac Cattelana z CSW obejrzeliście powyżej - nic nie tracicie, ale tego co wydarza się na Próżnej nie odda żadne zdjęcie.

Jeśli kuratorzy z CSW woleli dmuchać na zimne, jeśli bali się swojego sukcesu i nie chcieli niepotrzebnego rozgłosu, jeśli liczyli na to, że ta wstrząsająca instalacja przejdzie niezauważona, że przyciągnie uwagę tylko "środowiska", zatwardziałych fanów sztuki współczesnej i akademików - nie zamierzam im pomóc w tym planie. Bo to coś więcej niż wydarzenie artystyczne, to coś więcej niż papież w Zachęcie. Siła tego symbolu - Hitlera klęczącego, z niewiadomymi zamiarami, w ruinach getta - jest niewyobrażalna. W czasach permanentnej potrzeby szokowania mało jest rzeczy, które poruszają do głębi, nie wywołują wyłącznie powierzchownych emocji. Ten symboliczny powrót zbrodniarza wszech czasów w miejsce, gdzie cierpienie wojny wyczuwalne jest do dziś, będzie dla jednych bolesny, dla innych oczyszczający. Co o tym myślą okoliczni mieszkańcy? Co myślą pracownicy oddalonego zaledwie o 50 metrów Austriackiego Instytutu Kultury? Co myślą ocaleni warszawscy Żydzi? Co myślą austriaccy właściciele odnowionych kamienic z naprzeciwka? Co myśli opinia publiczna rozgrzana dyskusją o polsko-żydowskiej historii w filmie "Pokłosie"? 

Liczba symboli, siła miejsca, skala cierpienia - trudno się z tym zmierzyć, trudno o tym nie myśleć. Nie pomagajcie ukryć tej skromnej, a potężnej sceny. Idźcie tam, rozmawiajcie o tym. Korzystajcie, zanim pojawi się pierwsze wyraźne zdjęcie, zanim w szalonym proteście ktoś będzie próbował sforsować bramę, zanim podniosą się głosy oburzenia i eksploduje publiczna dyskusja. A jeśli tak się stanie? Trudno, tym lepiej. To zbyt ważne, żeby milczeć. To zbyt ważne, żeby udawać, że nie widzimy tej niewyraźnej sylwetki w drewnianych drzwiach starej bramy na ul. Próżnej.



On, Warszawa 2012

* prac na wystawie jest w sumie 7, ale o tym dowiadujesz się w dalszej części notki
poniedziałek, 28 lutego 2011
Banksy nie zdobył Oscara
Szkoda, ale z tego co piszą krytycy "Exit Through a Gift Shop" od samego początku nie miał żadnych szans z genialnym (podobno) zwycięskim "Inside Job" - dokumentem o przyczynach kryzysu finansowego na świecie. Nie dowiemy się pewnie nigdy, czy Banksy był w ogóle na oscarowej gali w Kodak Theatre i czy organizatorzy byli w ogóle przygotowani na ewentualność wręczenia statuetki anonimowemu facetowi w kapturze. Po całej oscarowej przygodzie zostaną tylko te zdjęcia z ulic Los Angeles.



Banksy, 2011, Los Angeles



Banksy, 2011, Los Angeles



Banksy, 2011, Los Angeles



Banksy, 2011, Los Angeles



Banksy, 2011, Los Angeles



Banksy, 2011, Los Angeles



Banksy, 2011, Los Angeles

No dobrze, oprócz zdjęć zostanie także niesamowity kawałek Richarda Hawley'a, który Banksy wykorzystał w czołówce swojego filmu i który na głowę bije wszystkie oscarowe gnioty. Bo dziś wieczorem ulice są nasze!:)

Tagi: Banksy
22:40, strembol
Link Komentarze (28) »
środa, 26 stycznia 2011
Worek pestek słonecznika za 120 tys. funtów? Okazja!
Kiedy pojedyncze porcelanowe pestki słonecznika z instalacji Ai Weiweia w Tate Modern zaczęły trafiać jesienią na brytyjskiego Ebay'a, za każdą sztukę trzeba było zapłacić ok. 10 funtów. Ale to zabawa dla kolekcjonerów-detalistów. Teraz pojawiła się oferta dla hurtowników. 15 lutego na aukcji w Sotheby's zostanie wystawiony worek ze 100 kilogramami pestek chińskiego artysty. Szacowana cena sprzedaży? - 120 tys. funtów.


Ai Weiwei

Guardian policzył, że to prawdziwa okazja - wyjdzie niecały 1 funt za pestkę. Zainteresowanie powinno być ogromne, bo instalacja Ai Weiweia, który słynną Halę Turbin w Tate Modern wypełnił 100 milionami porcelanowych pestek słonecznika, ręcznie malowanymi przez chińskich rzemieślników, okazała się być jednym z największych sukcesów w historii galerii. Spektakularna wizualnie, nabita znaczeniami i zapraszająca do interakcji od pierwszego dnia przyciągnęła tysiące zwiedzających.



Sunflower seeds, Ai Weiwei, instalacja, 2010

Ludzie, którzy jaki pierwsi mieli okazję chodzić po milionach rozsypanych ziaren, zachwycać się misterną rzemieślniczą robotą i - nie ukrywajmy - chować porcelanowe miniaturki po kieszeniach, nie mogli nawet zdawać sobie sprawy, jak bardzo zostali wyróżnieni. Po 48 godzinach dostęp do instalacji zamknięto. I to nie ze względu na znikające pestki, ale w trosce o zdrowie widzów. Okazało się, że chodzenie po porcelanie i jej ścieranie podnosi pył, który w dłuższej perspektywie może być szkodliwy dla ludzkich płuc. Do dziś na pracę Ai Weiweia można patrzeć jedynie przez barierkę.



Sunflower seeds, Ai Weiwei, instalacja, 2010

Dlaczego pestki słonecznika? Bo misternie przygotowywane przez setki rzemieślników w małych chińskich zakładach dodają nowy wymiar pojęciu "Made in China", kojarzonemu z masową i tanią produkcją. Tym razem zamiast telewizorów i smartphonów dały nam Chiny misterne dzieło sztuki. Dzieło dosłownie zalewające milionami miniaturowych - każdy inny! - elementów, kojarzących się bezpośrednio z najliczniejszym na świecie chińskim społeczeństwem. Ale pestki słonecznika to nie tylko metafora, to także dosłowność. Dla milionów chińczyków były w minionym wieku jedynym pożywieniem w czasach głodu, a Mao Tsetung wykorzystywał je w symbolice władzy - na plakatach ludzie (słoneczniki) odwracali się do niego (Słońce) w poszukiwaniu ciepła i przywództwa.



Hala Turbin z instalacją "Sunflower seeds"

Instalację "Sunflower Seeds" możecie oglądać w Tate Modern do 2 maja.
poniedziałek, 24 stycznia 2011
Space Invader w Warszawie?!
Do tej pory projekty francuskiego miejskiego artysty kryjącego się pod pseudonimem Invader inspirowane kultową grafiką z gry komputerowej Space Invaders pojawiły się w 39 miastach na całym świecie. Nie było wśród nich Warszawy. Ale poniższe zdjęcia mogą sugerować, że inwazja na stolicę już się rozpoczęła.



Fot. Strembol

Biały invader pojawił się w cieniu kosmicznej scenerii budowy Stadionu Narodowego na jednym z murków nad kamienną ławeczką na moście Poniatowskim, po jego północnej stronie, tuż obok pierwszej baszty nad Wisłostradą. Pracę niełatwo zauważyć - dla przejeżdżających samochodów jest praktycznie niewidoczna, trzeba pieszo wejść na chodnik na moście.



Fot. Strembol

Artblox od lat przygląda się działalności Invadera i ta warszawska praca na pierwszy rzut oka wygląda na autentyczną. Ale czy na pewno? Na razie na stronie Invadera nie ma żadnej wzmianki o ty, że realizował jakikolwiek projekt w Polsce. Taka informacja nie pojawiła się także na razie na zwykle dobrze poinformowanych street-artowych forach w polskiej sieci.



Fot. Strembol

Zaskakujące jest też miejsce, w którym umieszczono pracę. Jest naprawdę bardzo słabo widoczna. Projekty Invadera, które widziałem w Nowym Jorku, Londynie czy Wiedniu zdecydowanie bardziej rzucają się w oczy, umieszczone są przeważnie na ruchliwych ulicach.



Fot. Strembol

Dodatkowo nie zdarzyło się, żeby w którymkolwiek mieście na świecie pojawiła się zaledwie jedna praca Invadera. Zawsze jest ich co najmniej kilka. Dlatego jeśli widzieliście lub słyszeliście o innym Space Invaderze na warszawskiej ulicy, dawajcie koniecznie znać w komentarzach. Miejmy nadzieję, że nie jest zwykła podróbka autorstwa kogoś, zafascynowanego Invaderem po obejrzeniu "Exit Through a Gift Shop" Banksy'ego. Stay tuned.



Fot. Strembol

P.S. Paula - dzięki za cynk!

środa, 29 grudnia 2010
Po co w Rwandzie znaczki z zimowej olimpiady?
Pamiętacie do czego zdolna jest najlepsza z dziewczyn? W święta zaatakowała znowu! Pod choinką art.bloxa znalazła się świetna sygnowana praca Janka Simona z jego wakacyjnej wystawy w Rastrze zatytułowanej "Morze".



Janek Simon, 2010

To zestaw sześciu znaczków pocztowych wydanych z okazji zimowych igrzysk olimpijskich w Sapporo przez... afrykańską Republikę Rwandy. Pokazując te znaczki Simon z charakterystyczną dla siebie przewrotnością i oryginalnością obnaża symbolicznie charakter postkolonialnych relacji krajów rozwiniętych z tzw. trzecim światem. Polacy mogą pamiętać olimpiadę w Sapporo ze względu na szczęśliwy złoty medal skoczka Wojciecha Fortuny, ale mieszkańcy Rwandy? Im trudno pamiętać z tych igrzysk cokolwiek, ponieważ nie brali w nich udziału (podobnie jak w żadnych innych zimowych igrzyskach w historii).

Po co zatem Rwandzie znaczki z bobsleistami? Dla zaspokojenia potrzeb europejskiego przemysłu filatelistycznego. Poszedłem tym tropem i sprawdziłem - takie kolekcjonerskie edycje wydawane są od lat przez egzotyczne państwa ewidentnie ku uciesze zbieraczy z bogatych krajów północy. To nie tylko Rwanda - to także Togo, Liberia, Paragwaj, Jemen i wiele innych. Janek Simon FTW!

Dzięki kit!
22:24, strembol
Link Komentarze (1) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 89